niedziela, 21 sierpnia 2016

O kobiecości według trenera Bednaruka

- Przyjdźcie do hali wcześniej, unikniecie tłumów, kolejek i zbędnego przepychania. - pan P. skrzętnie zaplanował Basi piątkowy wieczór. - A gdyby ktokolwiek pytał, czemu opiekujesz się moimi dziećmi to co masz odpowiadać?
- Że mi pan zapłacił.
- I możesz dodać coś zgryźliwego od siebie. Niech mają za wścibstwo. Wierzę w ciebie. - pan P. poklepał Basię po ramieniu, wziął torbę i wyszedł na trening. Musiał razem z Bednarukiem jeszcze porządniej przycisnąć młodych. Nie można przecież pozwalać, żeby po meczu z Resovią, Igła wygadywał po telewizjach dyrdymały o supremacji swojej byłej drużyny. Najlepiej, żeby w ogóle nic nie mówił. Nie po to pan P w pocie czoła stworzył pewien regulamin. Regulamin, który był przypominany, wyżej wspomnianemu, libero przy każdej, odpowiedniej ku temu okazji. Co wbrew pozorom nie odbywało się rzadko. 

* * *
- Wujek Kuba! - dzieci pana P. w sekundę znalazły się przy trenerze AZS.
- Cześć młode. - Jakub Bednaruk zmierzwił jasne czupryny Weroniki i Marcina. - Sami tu jesteście?
- Nie. Mamy Basię. Basia chodź, poznasz wujka Kubę! - Nika wskazała na stojącą w pewnym oddaleniu i bacznie przyglądającą się sytuacji Basię, która chcąc nie chcąc musiała podejść.
- Kuba jestem. Trener tych oto wilczków. - wskazał brodą boisko. - Miło poznać osobę, o której tyle się słyszało. - Bednaruk błysnął firmowym uśmiechem numer sześć i uścisnął dłoń Basi. - Cóż, Guma ma gust nie tylko, jeśli chodzi o design.
- Basia. Mnie też jest miło.- zignorowała ostatnie zdanie Bednaruka, uśmiechnęła się nieszczerze i w duchu modliła się o wybawienie z niezręcznej sytuacji - Chyba ktoś pana potrzebuje...- jak na życzenie w okolicach ławki trenerskiej pojawił się Kuba Radomski, zapewne w jakiejś niecierpiącej zwłoki sprawie. - Uff...

* * *
- Bicek, gdzie Guma jest? - wywołany Michał Filip z wrodzoną sobie dyskrecją rozejrzał się w poszukiwaniu kapitana. Kiedy znalazł go wzrokiem i stwierdził, że rozgrzewa się on ostatecznie daleko, przypadkowo udał się do nawołującego go Pawła Halaby.
- Co jest stary?
- Ta loszka, co opiekuje się dzieciakami Gumy...
- Pokaż, która to? - Paweł, zupełnie łamiąc zasady konspiracji, wskazał na Basię. Z przeciwległego końca hali dało się usłyszeć pełne dezaprobaty „meh”. Niestety żaden z młodych przyjmujących nie usłyszał tego złowieszczego dźwięku. A szkoda, oszczędziłoby to im wiele bólu i wstydu.
- Niezła. 8 na 10. Atakowałbym.
- Tylko niezła? Zajebista dupa, mówię ci. Wyciągnę od niej numer. - Halaba rozmarzył się nieco, co oczywiście nie umknęło uwadze kapitana.

* * *
- Ała, za co? - pełne oburzenia krzyki Filipa i Halaby rozbrzmiały pod dachem Torwaru. Guma, który zupełnym, ale to zupełnym „przypadkiem” trafił przyjmujących zagrywką, zszedł z drugiej połowy boiska. Resovia właśnie wchodziła na halę.
- Z większym szacunkiem do kobiet, dzieciaki. A jak jej któryś zrobi krzywdę, w co osobiście wątpię, to nogi z dupy powyrywam.
Stanowcze ostrzeżenie nie przeszkodziło Pawłowi przez cały czas patrzeć się w stronę vipowskiego sektora. Z kwadratu widok nie był wcale taki najgorszy...

- Marcin, ale proszę, zejdź z barierki. Piłki tu latają, może ci się coś stać. - Basia, nawet pomimo meczu, nie mogła mieć chwili spokoju. Odkleiła chłopca od band i usadziła obok siostry.
- Jeszcze tydzień, a później wraca ich mama, a ja będę miała tu mniej pracy i wreszcie poszukam czegoś w normalnych godzinach. Choć w sumie będzie mi ich brakowało... - rozważała.
- Mówiłam ci głupku, nie właź tam, bo wujek Kuba przyjdzie i cię zje! - Nika zaczęła strofować brata. Ała! - okrzyk bólu wyrwał Basię z zamyślenia.
- Basia, bo Marcin mnie ugryzł! - Nika podniosła rękę, w którą wgryziony był jej brat.
- Dzieciaki, tak być nie może! Ty siedzisz po mojej prawej, a ty po lewej! Tata wasz gra. Trochę szacunku! - energiczne ogarnianie dzieci nie umknęło uwadze Pawła Halaby. I z miejsca zdobyło jego serce.
- Basia, a czemu Paweł patrzy się na ciebie cały czas?
- To nie na nią. To na ciebie głupku! Bo jesteś idiotą! - Nika pokazała bratu język i tylko refleks Barbary pozwolił uniknąć kolejnej dziecięcej bijatyki.

* * *
- Dziękuję wam, było poprawnie. Każdy wie, co trzeba poprawić, ale generalnie dobrze się spisaliście. - Trener Bednaruk poczuł się w obowiązku pochwalić swoją drużynę za grę na poziomie. Co prawda Politechnika przegrała, ale cały, zakończony tie-breakiem, mecz był bardzo wyrównany. - Widzimy się jutro.
Ah, zapomniałbym. - Kuba wrócił się w połowie drogi. - Wszystkich urodzonych po 1990 zapraszam do konferencyjnej. I ciebie też Andrzeju. Pospieszcie się.

Trener Bednaruk wgonił swoje przestraszone, lekko wyrośnięte owieczki w wilczych skórach do konferencyjnej, rozsiadł się i rozpoczął przemowę.
- Chłopcy, ja doskonale wiem, że młodzi jesteście i pewne narządy przejęły kontrolę nad waszymi małymi móżdżkami. Ale muszę was uczulić na pewne rzeczy. Tyczy się to najmłodszych – czujny wzrok Bednaruka padł na tercet : Gruszczyński, Firlej, Kwolek - ale i nie tylko... - karcące oko sprawiedliwości spoczęło również na Michale i Pawle.
- Basiu, już możesz. - na dźwięk trenerskiego głosu do konferencyjnej wpadła, najprawdopodobniej wepchnięta przez kogoś, czerwona jak burak, Basia. W sali rozległo się kilka anonimowych westchnięć.
- To jest kobieta. - trener dalej wdrażał w życie swój szalony plan. - Wiem, że rzadko spotykacie się z takim cudem natury. Ale pomimo tego, macie być, kurwa, dobrze wychowani!
Kobiety się nie bije, nawet kwiatkiem. Nie krzyczy się na nią, nie zmusza się do ciężkich prac. O kobietę trzeba dbać! O kobiecie nie mówimy per: loszka, dupa, laska. I nie oceniamy jej atrakcyjności według skali liczbowej! To jest stworzenie boskie, równe aniołom. Każdą kobietę trzeba szanować. Tą w szczególności.  Z wiadomych względów. Zwłaszcza jeśli jest taka piękna. Prawda, panowie? - oko sprawiedliwości po raz kolejny spoczęło na winowajcach. 
- Tę. Zaimek ta, ma w bierniku końcówkę -ę. - Basia zareagowała odruchowo. Wyrabiany przez lata nawyk ortodoksji gramatycznej dawał o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach.

- I jeszcze jaka mądra!

niedziela, 7 sierpnia 2016

Chłopiec kontra Basia (nie mylić z zespołem)

- Czego płacze? - pan P. odstawił kubek do zlewu i przypatrzył się Basi, która właśnie zmywała. I chlipała w sposób coraz mniej skryty. W końcu mogła, dzieciaki były w przedszkolo-szkołach, a ona właśnie miała dziekańskie, teoretycznie nikt nie widział.
- Nic, szefie, nie ważne. - odpowiedź ta mocno zirytowała Króla Gumę.
- Meh, baby, co my z wami mamy...- sarknął pod nosem. - Co się dzieje, Baśka?
- Facet. - rzuciła krótko i zacisnęła zęby w nieskrywanej złości. Widocznie gniewała się do swoich wspomnień.
- Aha, nie wnikam. - pan P. zapoznawszy się z sytuacją niezwłocznie opuścił miejsce prawdopodobnego baśkowego zabijania wzrokiem, użalania się nad sobą i innych, podobnych temu kwestii.

* * *
- Baśka, zaczekaj! – głos tego wiarołomcy, kpa, franta i łgarza poznałaby wszędzie. Dlatego też przyspieszyła kroku. Żwawy spacer po Krakowskim Przedmieściu zmienił się w wyścig chodziarski. Byle tylko nie biec, żeby dojść do Bramy uniwersyteckiej, później szybki unik w bramę na Małym Dziedzińcu, prosto w drzwi Samorządu Studenckiego, tam przeczekać.
- Baśka, słyszysz ty mnie? – nagłe szarpnięcie za ramię pozbawiło ją możliwości wykonania tego jakże dorosłego i dojrzałego planu.
- To my się znamy? Nie sądzę. - lodowato syknęła w stronę natrętnie manifestującego swoją obecność chłopaka.
- Basiek, przepraszam. Nie będę się z nią już spotykać, ani pisać, ani nic. - odpowiedziała mu głucha cisza.
- Basia, chomiczku mój ty, kwiatuszku najsłodszy, to był błąd, ostatni raz, to więcej się już nie powtórzy. Obiecuję. - idący obok niej facet płaszczył się niczym ratujący integralność swojego ogonka szczeniaczek, który z premedytacją nasikał na dywan.
- Szymon, ile razy mam ci powtarzać... Spierdalaj. Mam przeliterować, czy podczłowiek z archeologii tego nie zrozumie? I nie dotykaj mnie.
- Ale czemu tak obcesowo, Baśś... - nie dane było mu skończyć, niestety. Basia, z wrodzoną sobie gracją, stylem i podlaską bezpośredniością strzeliła Szymona z liścia. Z taką mocą, że wspomnianemu wyżej plugawemu archeologowi (autorka z radością pisze te słowa i w pełni podziela opinię) na policzku został uroczy czerwony ślad, a z nosa puściła się krew.
-Brawo Basia!- Linka i jej instytutowe koleżanki stały na papierosie przed nieodległym Instytutem Historycznym i bacznie przyglądały się akcji tej iście nowożytnej tragedii. Po wielkim finale słychać było brawa.

* * *

- Dla faceta to blamaż totalny, czyż nie? -to jakże ważne pytanie retoryczne zadał sobie Guillaume Samica, który również przyglądał się zajściu. Stał w bezpiecznym, ale pozwalającym na interwencję miejscu. Ale dlaczego? Otóż jeszcze kilka minut wcześniej Francuz pił sobie radośnie kawę w Green Cafe Nero, bardzo blisko Uniwersytetu. Czekał bowiem na swojego managera, który raczył się spóźnić, a o spóźnieniu uprzedzić dopiero w ostatniej chwili. Monotonię wpatrywania się w przetaczającą się ludzką falę przerwał widok znajomej twarzy. Basia, gosposia Gumy, szła pospiesznym krokiem, chyba na zajęcia. W pewnej chwili przyspieszyła, a Samik zauważył, że krok w krok za Basią postępuje rosły, brodaty brunet, który w pewnej chwili dogonił ją i złapał za ramię. Co jak co, ale to nie wyglądało na przyjacielskie powitanie. Szybko wstał ze swojego miejsca i ruszył za oddalającą się parą. Samik bał się niewielu rzeczy, ale gniewu Gumy, spowodowanego brakiem reakcji na krzywdę jego gosposi, bał się naprawdę.

* * *

- Coś ty temu chłopakowi zrobiła? - pan P. z lekką obawą patrzył na siekającą cebulę Basię.
- Broniłam się. Był natrętny, to zrobiłam tak, żeby już nie był.
- A czemu się rozstaliście? - w tej chwili Basia nie mogła uwierzyć własnym uszom. Pan P., który pyta o meandry jej życia uczuciowego? O święty Tomaszu z Akwinu, czy Ty to słyszysz?
- Może zacznijmy od początku. W pierwszym semestrze musiałam wyrobić zajęcia ogólno uniwersyteckie. No i wybrałam wykład na archeologii. Głównie dlatego, że Polon jest o dosłowny rzut kamieniem. Na tym wykładzie usiadłam obok niego, a to notatki, a to jakieś głupotki w internecie i nić porozumienia się jakoś zadzierzgnęła. Później jedna kawa, druga, kino... Potoczyło się to, rzekłabym, klasycznie. Ale zaczęłam pracować u Pana i zaczęło mi brakować czasu dla niego. Aż pewnego pięknego dnia, już po zakończeniu sesji marcowej, szłam przez Krakowskie, do metra. I zobaczyłam mojego chłopca, obściskującego się w sposób bardzo dosłowny z jakąś zdzirą. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła mu facebooka i esemesów. Okazało się, że było nas trzy równolegle. Dodatkowo miał założonego Tindera, taką seks-aplikację. No i tam szukał nowych wrażeń.
- Wiem co to jest. Szczeniaki w Politechnice też to mają. Łapią dziewczyny jak jakieś... pokemony.
- Aha. No i poznałyśmy się z dziewczynami. W sumie całkiem konkretne kobity. Takie trochę wszystkie jesteśmy z jednego typu. I wszystkie rzuciłyśmy Szymka. A teraz próbuje chyba żebrać o atencję po kolei. Z tego co wiem, jestem druga.
- Meh. - pan P. skwitował gorzkie żale, jakimi uświadczyła go Basia. - No to postarał się chłopak. Zasłużył. Swoją drogą, to mogłabyś wziąć dzieciaki na mecz? Niech znowu zobaczą ojca w pracy.


czwartek, 28 lipca 2016

Kłopoty kontra Basia

- Meh. - powiedział pan P. gdy z samego rana wpadły na niego jego własne dzieci, impetem odrzucając go o dobre pół metra. - Cześć dzieciaki.
- Czeeeeeść tatoooo. - odpowiedziały chórem i wróciły do porzuconej wcześniej pogoni sobą nawzajem.
- Tato, tato, a kiedy przyjdzie Basia? - Marcin korzystając z tego, Weronika przestała go gonić, niczym ptaszek przysiadł przy pijącym poranną kawę ojcu.
- Zaraz powinna być. A co od niej chcecie z samego rana?
- Wiesz tatuś, obiecała mi wczoraj, że zrobi na śniadanie naleśniki, bo wiesz pomogłem jej sprzątać łazienkę! - czterolatek dumnie wypiął pierś, oznajmiając światu, że dokonał wyczynu na miarę zdobycia Mt. Everest. - A ja jestem głodny.
- To nie mogę zrobić ci tych naleśników sam? W końcu też jestem dumny z mojego syna. - zmierzwił marchewkowe włosy chłopca.
- Może pan zrobić, owszem. Ale będzie trzeba znowu trzy dni wietrzyć kuchnię. - w kuchni niepostrzeżenie pojawiła się Basia.
- Basiaaaaa!!! - dzieci pana P. obsiadły ją niczym stadko szpaków owocującą czereśnię.
- Basiaa, a zrobisz mi fryzurę do szkoły, taką ładną, jak ty robisz. Może kłosa, albo koronę z warkoczy. Proszę, proszę, proszę! Wszystkie dziewczyny mi zazdroszczą. - Weronika przyczepiła się do stojącej na progu kuchni Basi i wlepiła w nią błagalny wzrok.
- Basiaaa, głodny jestem, zanim zrobisz włosy Nice zrób mi jeść. - Marcin zapiszczał wbijając się pomiędzy tułów siostry, a prawe udo opiekunki.

* * *
- Basiu, ratuj – niewyraźny głos pana P. oderwał ją od skomplikowanego zadania z matematyki, które sprawdzała właśnie Nice. Wołanie dochodziło z łazienki. Kiedy przeszła przez drzwi, po raz kolejny zobaczyła obraz nędzy i rozpaczy oraz armageddonu. Pan P. siedział w pozie Chrystusa Frasobliwego. Pod jego stopami stała miska, a w misce kłębiła się na oko tona różowego tiulu, kiedyś będąca księżniczkową spódniczką Weroniki, przygotowaną na bal karnawałowy. W tym miejscu dodajmy, że Nika uparła się, aby zjeść w tej spódniczce obiad, przez co różowa materia została naznaczona sosem ze spaghetti.
- Jak to uprać?
- Najpierw trzeba to odmoczyć. A później zaprać. O ma pan Vanish, to dobrze, szybciej zejdzie. Sprawdzę Nice zadanie do końca i wytłumaczę jak pisać wypracowanie i zajmę się tym. Miał pan ciężki trening. Proszę odpocząć. - W odpowiedzi pan P. burknął niewyraźnie coś, co brzmiało jak dziękuję.
- Klasyka – pomyślała Basia i ponownie zanurzyła się w świat liczb odpowiednich dla czwartej klasy.

* * *
- Basia? Czy to prawda, że ty teraz będziesz naszą nową mamą? - pytanie zadane przez Nikę wmurowało ją w ziemię.
- Skąd to przypuszczenie? - nie dała po sobie poznać stresu, ani zawahania i jak gdyby nigdy nic otworzyła drzwi od klatki schodowej, wpuszczając Marcina i Nikę.
- Bo ja słyszałam jak wujek Gijom mówił tacie, że jestem fajna, fajniejsza niż mama i żeby korzystał, póki jest okazja i jeśli tata nie skorzysta to on się za ciebie weźmie.
- Aha, wujek pewnie żartował. Poza tym, Nikuś, skąd ty znasz francuski?
- To było po angielsku. Ze szkoły znam. Fajnie by było, gdybyś była z nami jak mama wróci. Bądź naszą ciocią. Albo starszą siostrą. Będziesz naszą starszą siostrą? Proszę. Bo ty dobrze gotujesz, a tata nie.

* * *

- I jak się pracuje u tego siatkarza? Coś tego, skoro u nas w mieszkaniu jesteś pięć godzin na dobę i tylko w nocy? - Linka znacząco ruszyła brwiami i sięgnęła po następne piwo. Basia westchnęła znacząco i poprawiła się na swoim łóżku, nadal wpatrując się w kolejny tego wieczoru odcinek „Gry o Tron”. W końcu najlepszy sposób na wreszcie wolny weekend (pan P. grał mecz w Lubinie, więc dzieci zostały oddane dziadkom na przechowanie, a sama Basia dostała urlop) to maraton serialowy. Wiwat aspołeczność !
- Dali byście spokój wszyscy. Jesteś trzecią osobą, która się o to pyta. Poprzednie dwie to były dzieci Zagumnego. To mój szef i tylko szef. I gbur w dodatku. Nie wart zachodu. Poza tym jest żonaty. A ja poznałam jego żonę przez Skype. Muszę ci powiedzieć, odjazdowa kobieta. Takich rzeczy takim kobietom się nie robi. Nawet nie chodzi o to, żeby nie dostać się na czarną listę u pani Liwki, czego naprawdę bym nie chciała. Poza tym, skoro ona żyje już z nim kilkanaście lat i jeszcze go nie zatłukła za gburostwo, to musi być święta.Albo to prawdziwa miłość. Po prostu, kto ma rozum i godność człowieka nie ładuje się żonatym facetom do łóżka.
- A ten Francuz? Jak mu tam...
- Daj spokój. Stary sybaryta, któremu za dużo się wydaje. Nic wspaniałego. A teraz zamilknij, bo mi chyba zaraz Góra Oberyna zabije.

* * *

- Basia, ratuj! - w słuchawce usłyszała przestraszony głos Niki. - Marcina, bardzo boli brzuch, jest w przedszkolu, a tata ma mecz i będzie dopiero za 4 godziny.
-Nika, uspokój się. Czy pani przedszkolanka o tym wie?
- Tak, pani Małgosia dzwoniła do mnie, bo tata nie odbierał, bo ma mecz. A ja nie wiem co zrobić. - - Już do was jadę. Będę za pół godziny. - wstała ze swojego miejsca w auli i pobiegła do drzwi odprowadzana uważnym spojrzeniem wykładowcy. Może nie zaliczy zajęć ze Staropolki. Trudno. W tej chwili zdrowie Marcinka było najważniejsze. W końcu naprawdę polubiła te dzieciaki.

* * *
- Nawet nie wiem jak mogę ci podziękować za to co dla nas robisz. Gdyby nie twoja reakcja… - zakłopotany pan Paweł przysiadł się do siedzącej przed szpitalną salą Basi.
- Mój młodszy braciszek, trochę starszy do Marcinka, też miał atak wyrostka. No i wiem co to jest i jakie to niebezpieczne. - pogładziła śpiącą na jej kolanach Nikę.
- Uhm… - Pan P. nie lubił, kiedy traci się kontrolę. Zarówno w życiu, jak i na boisku. - to może zechcesz przyjść na mecz?

niedziela, 3 lipca 2016

Rozpacz w fartuszku w czerwone groszki

- Nie mój drogi, teraz ja mam prawo wyjechać, rozwijać się, dostać awans! - w pewnej kuchni na warszawskim Ursynowie było wyjątkowo głośno. Już od jakiegoś czasu ciepłe, jesienne powietrze przecinał świst rzucanych argumentów, obelg, talerzy, łyżek oraz odgłos lecącej ze standardową prędkością szmaty do podłogi.
- Jesteś kobietą, to ty powinnaś zajmować się dziećmi, domem i tym wszystkim. Ja mam treningi i ligę! - pan P., legenda światowej siatkówki, obecne rozgrywający stołecznej Politechniki stał wyjątkowo spokojnie w obliczu Furii jaka obecnie grasowała w jego kuchni. Owa Furia, na co dzień jego osobista, poukładana małżonka klęła właśnie na czym świat stoi i ciskała w niego różnymi rzeczami gospodarstwa domowego. Mistrz Świata stał zaś z założonymi rękami i pozostając w zwykłej, promieniującej majestatem i dostojeństwem pozie, uchylał się to od talerza, to od gumowej formy na muffinki.
- Nie zapominaj, że mamy XXI wiek, a komu jak komu, ale mi należy się wyjazd za granicę. - Pani Z. widząc, że jak zwykle argument siły nie przemawia do szanownego małżonka postanowiła wytoczyć ostateczny dowód na tezę, że miesięczny wyjazd do Sztokholmu na sympozjum, szereg szkoleń i konferencji należy się jej jak psu zupa. Mina Króla Gumy była nieprzejednana.
- Tyle lat zajmowałam się domem, dzieciakami, pilnowałam budowy, robotników. A ciebie nigdy nie było. I nie ważne, że miałam pracę, chorą matkę i małe dzieci. Zaciskałam zęby bo tak było trzeba, bo byłeś na Kadrze, bo wszystko było mniej ważne niż siatkówka. A teraz skoro nie trenujesz z reprezentacją daj mi się rozwijać. Dobrze wiesz jak ważna jest dla mnie praca. A spotkanie ludzi z mojej branży, z całej Europy i części Azji to okazja jakich mało. - po twarzy pana P. widać było, że się zastanawia. I to poważnie.
- Niech ci będzie. No jedź już, skoro musisz. - oświadczenie wygłoszone skrajnie sceptycznym głosem wywołało wybuch radości.
- Lecę do pracy, już jestem spóźniona, posprzątaj kuchnię, cześć! - ulotny buziak musnął policzek Pana P., a jego małżonka, rączo wetknęła mu w dłonie zmiotkę i szufelkę, chwyciła torbę i w pośpiechu znikła za drzwiami.
- Meh. - stwierdził Król Guma, a twarz jego bardzo przypominała minę słynnego Grumpy Cata. - a jedź w cholerę wredna babo.

* * *

- Marcin, Wera uściśnijcie mamę! - na Lotnisku Chopina właśnie rozgrywało się jedno z bardziej niecodziennych pożegnań. Zwłaszcza przez swój brak intensywności. Trzy krótkie uściski, przelotny uśmiech i... tyle?

Z prawdziwym problemem Pan P. zderzył się już po samym powrocie z lotniska.
Jak w obraz wpatrywał się w listę sugerowanych rzeczy na ten miesiąc, zostawioną przez zapobiegliwą małżonkę.

  • GOTUJ OBIADY DLA DZIECIAKÓW!!!!!!
  • Byłoby wspaniale, gdybyś odkurzył i umył podłogę co 2 dni
  • Pamiętaj o szkole dzieciaków. I językach.
  • Marcin ma spotkanie z rodzicami w przedszkolu.
  • Werka ma we wtorki i czwartki o 18.00 siatkówkę.
  • Zrób Marcinowi bilans 4 latka. Pamiętaj o przychodni.
I podobnych trzydzieści pozycji. Nie trzeba domyślać się, że Mistrz Świata podłamał się lekko. Nie lubił prosić o pomoc, wręcz tego nie cierpiał. Ale trzeba było.

- Cześć Mamo, słuchaj, przyjechałabyś do mnie, pomóc, Liw wyjechała na miesiąc....
- Dobry wieczór synku, jak miło cię słyszeć. - w słuchawce oprócz kojącego głosu rodzicielki Pana P. słychać było radosne, emeryckie śpiewy.
- To jak, przyjedziesz? - nadzieja w głosie Króla Gumy była wprost namacalna.
- Wybacz synku. Jesteśmy z twoim ojcem w Ciechocinku. Wracamy za pięc tygodni. A teraz idę na dancing. Pa. - sygnał przerwanego połączenia zabrzmiał jak wyrok.

* * *
Do posiadłości państwa Z. zawitał pewien zagraniczny, specjalny gość. Gość znany temu domowi, choć bardzo dawno nie widziany. Przyjaciel rodziny, ojciec chrzestny Marcina, jeden ze zdolniejszych przyjmujących w Europie, człowiek legenda. Guillaume Samica. Jeszcze przed drzwiami poprawił fryzurę, odpowiednio wyeksponował szkocką, przywiezioną z malowniczych Highlands, aby opić sukces, jakim była ponowna gra z Panem P. w jednej drużynie.
W każdym razie popularny Samik wreszcie zadzwonił do drzwi. A kiedy się one otworzyły... Francuz zamarł.
Najlepszy rozgrywający w Polsce, być może w Europie, a może nawet i na świecie stał w przedpokoju z wijącą się rurą od odkurzacza oplecioną wokół nóg, w czarnym fartuszku w groszki (przymałym) i malującym się na twarzy przerażeniem.
Za plecami gospodarza biegał jego własny przychówek, konkretniej Wera goniła Marcina, który zabrał jej smartfona. Przy piątym zdeptaniu jasnej sofy przez dziecięce buty (zaaferowany pan P. nie pomyślał nawet o zamianie ich na kapcie), rozgrywający się poddał.

- Wejdź Samik.- zwyczajową butę zastąpiło zrezygnowanie.
- A gdzie Liwka jest?
- Do Szwecji wyjechała się szkolić. Przez miesiąc będę mieć tutaj taki sajgon. Powiedz mi, co robić?
- Jak to co? Wynajmij tę, no, opiekunkę.

* * *
- Dzień dobry, ja dzwonię z ogłoszenia. Odnośnie opiekunki do dzieci.
- Dzień dobry. Zgadza się. Czy mogę dowiedzieć się nad kim mam sprawować opiekę?
- Dwoje dzieci, 9 i 5 lat. Głównie chodzi o odprowadzanie i przyprowadzanie z przedszkola i szkoły.
- Dobrze. Czy możemy zrobić tak, że przyjdę do państwa, poznam się z dziećmi i zdecydują się państwo, czy będę odpowiednią kandydatką?
- Tak, oczywiście. To chyba najlepsza opcja. Z resztą nawet to nie będzie potrzebne. Pomoc potrzebna jest mi od zaraz. A to, czy dzieci panią polubią, nie ma znaczenia. Zaczyna pani od jutra, jeśli można.

Dereniowa 16, na Ursynowie. Proszę być o 6:30. Moje nazwisko Zagumny. 
_________________________________________________________________________________
Wiem, że mało Gumy w Gumie. Ale to trudny przeciwnik. Może go jakoś oswoję. 
Mam nadzieję, że po 7.07 wrócę na stałe. 
I mam kilka pomysłów na jednoparty. I chyba wznowię Halszkę, bo przez sezon transferowy otworzyła się nowa furtka. Ale o tym ciiiiiiicho...

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Nowy słoik w mieście.


„Cześć. Jestem Basia. Z Podlasia. Hahaha, tak wiem, oklepane. Tak, gdybym miała wybór nie urodziłabym się w Hajnówce. Nie, nie śledzikuję zazwyczaj, tylko wtedy, kiedy się zdenerwuję. Tak, u nas wilki podchodzą pod dom, a po ulicach spacerują żubry. Nie, nie jestem ruskim szpiegiem. Nie, nie chciałam studiować w Białymstoku. Tak, wiem, że widać, że jestem Tatarką. Nie, nie wyznaję islamu. Nie, nie boję się mieszkać sama w wielkim mieście. Nie, nie umówię się z tobą na randkę. Nie, nie chcę pomocy. Poradzę sobie.” Basia skończyła pisać, zamknęła notes i rozejrzała się ciekawie po okolicy. Autobus właśnie skręcił z Marszałkowskiej w Aleje Jerozolimskie, żeby podjechać jeszcze pół kilometra i wypluć ze swoich trzewi ponad pół setki pasażerów i tchnąć ich w samo centrum stolicy.
Jak na połowę września było zaskakująco ciepło, dlatego kiedy tylko Basia wyskoczyła z klimatyzowanego wnętrza zakręciło jej się w głowie. Może od nagłego szoku termicznego, może z emocji, a może raczej od specyficznego zapachu, jaki w ciepłe dni przepełniał centrum Warszawy? Cóż, woń kloszardów nigdy nie należała do najprzyjemniejszych.
Chwyciła w dłoń rączkę zebrowo-pasiastej walizki i raźnym krokiem podążyła w kierunku stacji metra. Plan: dostać się na Żoliborz, znaleźć się na ulicy Kossaka i odebrać klucze. Być może mało ambitnie, ale w końcu dziś, po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu, była w Warszawie. Nie licząc oczywiście wycieczki w 2 liceum z okazji którejś tam rocznicy Powstania Warszawskiego. Nigdy nie była dobra z dat.
- Jak tam córeczko, dojechałaś? Adam, Stasiek zostawcie to! - w słuchawce rozległ się ciepły głos basiowej mamy.
- Tak, wszystko dobrze. - uśmiechnęła się do telefonu słysząc jak jej bracia dokazują. Adam i Stasiek. 6 lat, bliźniaki. Wiedziała, że kiedy ona pojedzie na studia w domu zacznie się sajgon. Mama nie da sobie przecież rady z tą całą czwórką, która została na miejscu.
Gdyby tylko Tomek zechciał pomóc mamie w opiece nad rodzeństwem byłoby cudnie. No, ale jej brat, w całym swoim szesnastoletnim rozsądku postanowił zostać youtuberem. Grał w różne dziwne gry, miał swoich wiernych widzów, a na konto wpływały mu pieniądze z AdSense. Spoko, żadna praca nie hańbi. Ale, żeby dokładał się trochę do domowego budżetu, a nie przepieprzał wszystko na airmaxy, fullcapy i inne pierdoły. Ojciec w końcu na tych tirach się kiedyś wykończy. Ale jak się ma siano zamiast mózgu?
Była Ania, lat 11. Ni to dziecko, ni nastolatka. Cały czas zapatrzona w One Direction i tego debila Biebera. Chociaż w sumie kiedy Basia była w jej wieku podobną atencją zapałała do Villego Valo z HIM. Po odfiltrowaniu mroczności i specyfiki wyszło na to samo. Ale to ma swoje dobre strony. Przynajmniej młoda uczy się angielskiego i jest w tym całkiem niezła.
Adaś i Stasiek. Bliźniaki. Wpadki. Kochała ich całym swoim sercem, nawet pomimo dziwnych pomysłów, rozszczebiotania i rozbijania się na rowerach do późna. To na nich stawiała swoje pierwsze kroki w usypianiu, karmieniu, a później opatrywaniu zdartych kolan i łokci, oglądaniu razem piłki nożnej i zbieraniu kart z Lewandowskim i innymi.
- To dobrze. Zalogowana w domu? - w słuchawce oprócz głosu mamy słychać było naparzanie się chłopaków.
- Tak mamo, Linka, ta moja współlokatorka, wiesz, jest fajna. Chyba się dogadamy. Ale wiesz... Warszawa taka wielka.

O tym, że stolica jest wielka, straszna i zła przekonywała się na każdym kroku.
- Przysięgam, ten budzik zadzwonił za późno! - wykrzyczała do Linki pomiędzy łykiem kawy, a gryzem bułki. - Bladź! 7:35, a na 8:00 mam lektorat. Za cholerę nie zdążę!
Drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem, a sama zainteresowana pobiegła do metra.
O jest pociąg! Wsiadła do wagonu w ostatniej chwili, z trudem normując oddech po szaleńczym przeciskaniu się przez bramki, biegu po schodach ruchomych i staranowaniu jednej starszej pani.
- Szit. Wszystko zajęte. - zmięte w zębach przekleństwo wkrótce miało zdecydowanie wzmocnić swoją siłę oddziaływania. - aksamitny głos Tomasza Knapika zamiast zwyczajnej informacji o Dworcu Gdańskim oznajmił: „Następna stacja – Marymont”.
- Kuuuuuuuuurwa mać!


Takie ciekawe przypadki zdarzały jej się częściej. Na przykład swego czasu pomyliła rondo Daszyńskiego z rondem Dmowskiego i właśnie wtedy przepadła jej randka z najprzystojniejszym facetem na całym Polonie, dodajmy, jednym z nielicznych facetów. Albo kiedy przez bite 20 minut krążyła w przejściu podziemnym koło „patelni”, bo strzałki, które wyznaczające kierunek do metra, cały czas się zapętlały.
O próbach odnalezienia się w okolicach Dworca Centralnego nawet nie było co wspominać. „Warszawa to złe miasto.” Zanotowała skrzętnie w notatniku. W myślach dodała tylko, że jeśli ją szlag jasny nie trafi przy najbliższej okazji, to może je polubi, chociaż jest to wysoce wątpliwe.

- Basia! Idziemy potańczyć? - Basia flegmatycznie ściągnęła słuchawki i oderwała się od analizy zawiłego pentametru jambicznego.
- Nie. Nie lubię tańczyć. - kłamstwo gładko przecisnęło się przez usta. Nie to, że nie lubiła tańczyć. Ona wprost to uwielbiała. No ale problem pojawiał się taki, że to, co nosiło się na dyskoteki w Hajnówce, w Warszawie nie nadawało się nawet jako szmata do podłogi. Owszem, pobliska Arkadia kusiła sklepami, neonami, przecenami.
Ale co z tego, kiedy banknoty w portfelu układają się w ściśle ułożone kupki? To na mieszkanie, to na bilet miesięczny, to na bułki z kefirem. Na ekstrawagancje w stylu kino, czy nowa szmata na grzbiet już nie starczało...

- Baśka, ty tępa pizdo! Zamiast siedzieć na dupie i oglądać seriale i śmieszne koty w internecie, wzięłabyś się za robotę! - odbicie w lustrze oświetlone żółtym światłem żarówki uśmiechnęło się szyderczo. Czego jak czego, ale Basia nie znosiła motywacyjnego poklepywania po plecach. „Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!” To do niej zupełnie nie trafiało. W końcu bycie skrajnie na „nie” zobowiązuje.

Światło trzymanej w zębach latarki wątłym strumieniem oświetlało skryty pod kołdrą notes. Koszmarnie krzywymi, pisanymi na kolanie literami, zaczęła zapełniać kartkę wypisując potencjalne miejsca zatrudnienia.
Co mogę robić:
Spożywczak, gastronomia – książeczka sanepidowska straciła ważność.
Rossmann/Natura – nie znam się na kosmetykach.
Szmaty – nie znam się na modzie
Ulotki – uczelnia i mało płacą
Korki – na mało umiem
Dzieciaki – no i to jest wreszcie jakiś pomysł! Brawo Basiu! Mądra ty!


Basia szybko wyciągnęła laptopa i na olx'sie naskrobała ogłoszenie. Telefon rozbrzmiał się już następnego ranka.  

Miało być za miesiąc, ale napisałam dziś 5 stron bardzo ważnej pracy, więc chyba należy mi się nagroda, co? :D

niedziela, 12 czerwca 2016

Witamy

Coś nowego. Po długiej przerwie coś nie onepartowego. I chyba nie takiego klasycznie blogaskowo-hotkowo-dramatyczno-blogowego. Basia zgubi się w Warszawie, a pan Guma zgubi się w życiu. Co z tego wyniknie?
Rozpisane, nie dokończone. Będzie po sesji. (11.07)